Z drogi śledzie, bo dziecko na hulajnodze jedzie

Hulajnoga porzucona na środku przestrzeni wspólnej, w której mieszkam, będzie tak stała do wieczora, dopóki maluch nie wróci z plaży.
Hulajnoga porzucona na środku przestrzeni wspólnej, w której mieszkam, będzie tak stała do wieczora, dopóki maluch nie wróci z plaży. zdjęcie mojego autorstwa
Sporo mówi się o zagrożeniu na drogach. Winni są kierowcy, niesprawne drogi, oczywiście rowerzyści czy użytkownicy będący pod wpływem. Zapomina się o najmłodszych – "piratach chodnikowych" poruszających się na hulajnogach. I w dodatku bardzo niepełnoletnich, takich w wieku od pięciu do ośmiu lat. Piszę to zupełnie poważnie.

Wakacje nad Bałtykiem obfitują w szereg zaskakujących obserwacji. Każdy ma swoje. Z kolei Półwysep Helski jako miejsce wypoczynku jest dość specyficznym obszarem obserwacji. Zaczyna się Władysławowem, w którym jak w soczewce skupia się dość prawdziwa reprezentacja Polek i Polaków (nie zapomnę widoku ośmiu bud z kebabem obok siebie i wszechobecnym disco polo, ale każdy, kto nie urodził się w Warszawie, wie jak wygląda Polska), przez Chałupy, które stały się bardzo hipsterskie (rok temu koncertowała na kempingu sama Reni Jusis), bardzo spokojną Kuźnicę, Jastarnię, która ściąga wielkomiejskie towarzystwo młodych ludzi, Juratę dla celebrytów oraz ludzi zamożnych i ich pociech snujących się po trzech ulicach na krzyż, po Hel, który jest miniaturowym Władysławowem, jak na początek Polski przystało. Właśnie tych miejscowości dotyczy moja obserwacja, bywam tu co roku, więc czuję się uprawniony do wygłaszania swoich własnych opinii.



Wysyp hulajnóg w tym roku na Półwyspie Helskim jest faktem. W Juracie i Jastarni są dosłownie na każdym kroku. Poruszają się na nich głównie dzieci w wieku pięciu-ośmiu lat. Śmigają równo, co mnie nie dziwi, dlatego że hulajnogi (często trzykołowe dla najmłodszych) są wygodnym środkiem transportu, a wiadomo, że dzieci chodzić za bardzo nie lubią. Plus to, że stanowią rozrywkę pozwalającą na wyalienowanie się od nudnych dorosłych. Trzy sytuacje utkwiły mi w pamięci.



Pierwsza miała miejsce w restauracji stylizowanej na chatę rybacką, w której podają najlepsze ryby na Półwyspie (nie napiszę, w jakiej miejscowości, bo i tak teraz trudno o stolik). Pojawiły się dwie rodziny, dorośli połączyli stoliki (bez pytania obsługi, bo Polak na wakacjach, zwłaszcza z dziećmi, skoro płaci, to robi, co chce). Biedny kelner nie miał swobodnego miejsca do roznoszenia posiłków. W ciasnym korytarzyku, przez który sam się ledwo przecisnąłem, chłopiec sześcioletni zrobił sobie tor do jazdy hulajnogą. Nad nim co chwilę pojawiał się kelner z tacą czterech gorących zup, dziecko nic sobie z tego nie robiło. Rodzice kompletnie nie zwracali na to uwagi. Żeby było zabawniej, restauracja ta ma dość spory kącik zabaw dla dzieci na powietrzu. Można było wyjść tam z dzieckiem po posiłku. Choć niniejszy tekst ma być z przymrużeniem oka pisany, to jednak nie była to bezpieczna sytuacja, gdyby kelner potknął się, wylał te zupy na głowę dzieciaka, byłoby nieszczęście. Zdziwił mnie brak wyobraźni rodziców, bo tam faktycznie przejście było bardzo niekomfortowe.

Sytuacja druga, ścieżka rowerowa między Juratą a Jastarnią. Rodzina z dziećmi i hulajnogami postanowiła pokonać te trzy kilometry. Nieważne, że po drugiej stronie mieli chodnik zupełnie nieuczęszczany (Polak na wakacjach nie uznaje, że ścieżka rowerowa jest dla rowerzystów, chodzi, gdzie chce i jak chce, a jak zatrąbisz, to cię wyzwie, naprawdę standard). Rodzice z tyłu pieszo, trójka pociech na hulajnogach kilkadziesiąt metrów z przodu, śmigają po całej ścieżce, a z obu stron jeździ mnóstwo rowerzystów. Dzieci jak to dzieci, lubią wyrywać do przodu i często nie wiedzą, jak się po ścieżce poruszać. Nie możesz zatrąbić, by nie przestraszyć dziecka (przecież ci się nie spieszy) i czekasz cierpliwie aż znajdzie się miejsce do wyminięcia trójki hulajnogistów. Rodzice nic na to, mimo że widzą korek na ścieżce, wystarczyło krzyknąć, by zeszły na bok. To również dość niebezpieczne zdarzenie, bo niektórzy rowerzyści jadą naprawdę szybko, wystarczyło, żeby dzieci trzymały się jednej strony ścieżki.

Trzecia sytuacja – wejście na plażę opanowane przez małych amatorów jazdy na hulajnodze. Do plaży prowadzi drewniany chodnik, który stanowi dla maluchów idealną górkę do zjeżdżania. Kilkoro takich smyków potrafiło zablokować zupełnie pomost. Gdzie byli rodzice? Pewnie obserwowali dzieci z bezpiecznej odległości, a przecież dziecku nikt uwagi nie zwróci, zwłaszcza w sytuacji wakacyjnej. W sumie na tym drewnianym chodniku nie stanowiły przeszkody, można było iść poboczem.

Nie piszę tego, by dopiec rodzicom ani by pokazać, że nie lubię dzieci, bo dzieci w przestrzeni publicznej toleruję, nawet jeśli drą mi się nad uchem. Nie chcę też mówić rodzicom, jak mają wychowywać dzieci, bo to nie jest moja sprawa, ani też doradzać w czymkolwiek. Nawet mi te sytuacje nie przeszkadzały, jestem na wakacjach, więc staram się nie wkurzać. Po prostu dzielę się obserwacjami w dziecięcych trendach wakacyjnych. A hulajnoga niewątpliwie opanowała w tym roku Półwysep Helski (poza samym Helem, tam nie uświadczyłem ani jednej).

Tak naprawdę wszystkie te sytuacje (nie licząc hulajnogistów na ulicach, bo tam ich najwięcej, w kurortach wszędzie w zasadzie dla Polaków są „deptaki”, a samochód jest złem koniecznym) stanowiły dyskomfort dla otoczenia i mogły być niebezpieczne dla samych dzieciaków. W Jastarni widziałem pięciolatkę jeżdżącą na hulajnodze w sklepie, która skutecznie zablokowała ruch do drugiej kasy, bo porzuciła swój pojazd, gdy jej rodzice płacili w kasie pierwszej (ludzie nie mogli przejść do kasy drugiej, a rodzice nawet na hulajnogę nie spojrzeli, mimo że inni zwracali uwagę, Polak na wakacjach nikogo się nie słucha). Chodzi chyba bardziej o rodziców, którzy – jak mi się wydaje – są tak zmęczeni nadzorowaniem swoich pociech od rana do nocy, że na hulajnogę nie zwracają uwagi. Wielu moich znajomych mówi wprost, że po kolejnym dziecku tolerancja się przesuwa, a dla świętego spokoju są w stanie nieco spuścić z tonu. Jakoś to rozumiem, w końcu sami też są na wakacjach i też chcą odpocząć. Ale o nieszczęście naprawdę bardzo łatwo, zwłaszcza gdy rodzice myślą, że ulica jest deptakiem. Plus sprawdza się fraza „Polak na wakacjach”, bo faktycznie wyłazi z nas „panisko”, które wszystko może i nic nie musi, bo przecież płaci za to. Ale to kwestia wychowania i kultury, której aż tak dużo nie mamy w sobie.

PS
Nie robiłem zdjęć ani filmików dzieci na hulajnogach, bo nie robię zdjęć przypadkowym osobom z ukrycia, nie uznaję tego procederu.
Trwa ładowanie komentarzy...