Rośnie kolejne pokolenie wychowywane na "Niemym krzyku". O popkulturowym "fenomenie" zjawiska

Właśnie przeczytałem artykuł, o tym, że katechetka poleciła ten "kultowy" już film 11-latkom do obejrzenia w internecie jako zadanie domowe celem pogłębienia wiedzy na temat przeprowadzenia aborcji – bo właśnie taki temat poruszyła z dziećmi na lekcji religii, uczniami V klasy szkoły podstawowej. Mamy rok 2016, a "Niemy krzyk" ciągle straszy w polskich szkołach.

„Niemy krzyk” jako fenomen amerykańskiej popkultury
Traktuję ten film jako fenomen popkulturowy ze względu na skalę oddziaływania, zasięg, stosowane techniki promocji, dzięki czemu wciąż jest popularny i wywołuje ogromne emocje – tak samo jak inne dzieła "kultowe", mielone przez kolejne pokolenia. Poza tym jego fenomen opiera się na warstwie wizualnej – epatuje okrucieństwem, które ma na celu wypracowanie pewnej określonej postawy oglądającego. Co więcej, jak przystało na produkt amerykański, powstał on w odniesieniu do ówczesnej debaty publicznej na temat aborcji – w Stanach Zjednoczonych przebiegała ona zupełnie inaczej, bo nie dotyczyła tylko kwestii moralnych z perspektywy religijnej (tam zresztą wygląda to zupełnie inaczej niż u nas) oraz po drugiej stronie miała silny ruch pro choice, osób wywodzących się z II fali feminizmu i rewolucji seksualnej.



"Obrońcy życia" wielokrotnie zabijali tych, którzy aborcje przeprowadzali. Powstały grupy jak "Armia Boga" czy Defensive Action, które nie wahały się używać przemocy: wysadzali kliniki przeprowadzające aborcje i zabijali lekarzy, tzw. "babykillers", do czego zresztą kierowani imperatywem moralnym dawali sobie prawo, aby wymierzać sprawiedliwość w imię boskich reguł (według różnych źródeł: od końca lat 80. XX wieku aresztowano kilkadziesiąt tysięcy osób za napaść na ludzi związanych z przeprowadzeniem aborcji, wiele osób odpowiadało też za zabójstwo). Warunki amerykańskie są inne, ich religijność także ma inny charakter, a wolność wyboru gwarantuje konstytucja i póki co jest ona niepodważalna.

Moje pokolenie wychowane na "Niemym krzyku"
Lata 90. XX wieku, które przypadały na moją edukację na poziomie podstawowym i średnim, były okresem dość intensywnego katowania uczniów "Niemym krzykiem" w szkołach podczas katechezy. Śmiało mogę powiedzieć, że jest to doświadczenie mojego pokolenia, oraz że wychowaliśmy się na tym arcydziele propagandy przeciwników wyboru. Choć w latach 90. XX wieku nie było jeszcze języka zawłaszczonego przez katolicką prawicę i nowej siatki pojęciowej. To stało się nieco później. Termin "przerywanie ciąży" został zastąpiony przez "zabijanie nienarodzonych", a "płód" stał się "dzieckiem poczętym" oraz "człowiekiem". Do tego doszła słynna "cywilizacja śmierci" (mimo, że aborcja często ratuje życie kobietom). I niewątpliwie dużą rolę odegrał w promowaniu tych postaw "Niemy krzyk".

Zwłaszcza w obszarze wizualnym, który na trwale zdominował myślenie o metodach aborcji. Wielu osobom nadal kojarzy się z kleszczami, które wyrywają dziecku główkę, rączki, nóżki, co oczywiście doprowadza do tego, że dziecko strasznie cierpi, a po jego mimice widać, że krzyczy, gdy jest zabijane. To niewątpliwie wygląda na okrucieństwo, jest straszne, sugestywne, wpływa na psychikę. Choć wielokrotnie udowodniono, że film jest manipulacją. Zwłaszcza w sposobie prezentowania płodu, który nie ma jeszcze wykształconego ani mózgu, ani systemu nerwowego, ani aparatu artykulacyjnego. Mimo że w filmie demonstracja aborcji odbywa się na modelach, to jednak robi to wielkie wrażenie. Ale właśnie dzięki epatowaniu okrucieństwem "Niemy krzyk" osiągnął status popkulturowy – żaden przekaz audiowizualny przeciwników wyboru nie doczekał się takiej otoczki kultu.

Trauma dziecka to wina szkoły!
To, o czym piszę, jest znane w większości czytelnikom z mojego pokolenia, którzy mają podobne doświadczenia z polską edukacją. Teraz być może będą musieli przez to przejść razem ze swoimi dziećmi, czego im nie życzę. Na mnie ten film wówczas zrobił ogromne wrażenie i stał się koszmarem na długi czas. Co więcej, robi on wrażenie nawet teraz, po latach (obejrzałem go ponownie podczas pisania tego postu). Ważne jest to, by wczytać się w argumenty drugiej strony, zwłaszcza lekarzy, którzy obalają mity związane z funkcjonowaniem płodu i dokonywanym zabiegiem.

Dzieci z V klasy szkoły podstawowej nie będą umiały krytycznie podejść do filmu, zwłaszcza, że wiele z nich naprawdę nie dojrzało do tego, by uczyć się o przerywaniu ciąży na lekcji religii, skoro nie ma wiedzy o funkcjonowaniu własnego ciała - lekcje biologii dopiero przed nim. Trauma dziecka pozostanie na długo. Na pewno szkoła nie jest od tego, by małym dzieciom (11-latki są wciąż małymi dziećmi) sugerować, by miały oglądać takie filmy ani być poddawane propagandzie, nawet na lekcjach religii, finansowanych z budżetu świeckiego państwa. Tak samo, jak nie powinny oglądać filmów pełnych przemocy, wojen czy filmów pornograficznych.

Niestety, problem polega na tym, że dyrekcja szkoły nie ma wpływu na treści przekazywane na lekcjach religii – mimo podstawy programowej, są one dość dowolne i zależą od stopnia przygotowania do pracy z dziećmi katechety. Kolejny problem to brak edukacji seksualnej z prawdziwego zdarzenia, która to miała wejść w życie razem z ustawą ograniczającą aborcje z 1993 roku jako wynik "kompromisu" strony rządzącej i kościelnej. Jak wiemy, do tego nie doszło, a tematyka związana z seksualnością została wypchnięta ze szkół definitywnie. Co skazuje młodzież na edukację z filmów pornograficznych, do których mają nieograniczony dostęp, oraz na bzdury, których pełno w internecie, ale to temat na inny post.

Źródło:
Katarzyna M. Wiśniewska, Katecheza o aborcji w V klasie, wyborcza.pl
"Niemy krzyk" w Wikipedii
Trwa ładowanie komentarzy...